Singapore

Singapur znalazł się na naszej trasie głównie ze względu na znajomych: Dorotę i Patryka, którzy tam mieszkają i pracują. Korzystając z zaproszenia, polecieliśmy do najczystszego, najbezpieczniejszego, najmłodszego a zarazem najnowocześniejszego miasta jakie mogliśmy sobie wyobrazić.

Trzeba jednak przyznać, że nie mieliśmy najlepszego wejścia. Na lotnisku zostaliśmy zatrzymani za posiadanie gazu pieprzowego, który jest surowo zabroniony w Singapurze, a za jego posiadanie grozi grzywna do 20tysiecy dolarów singapurskich… Trochę się najedliśmy strachu, ale wszystko zakończyło się konfiskatą gazu i notka policyjna. Tak oto powitał nas Singapur. 

Później było już tylko lepiej. Razem z Gosia i Kuba dotarliśmy do naszych gospodarzy i zaczęliśmy zwiedzanie tego futurystycznego miasta. A było co podziwiać: Gardens by the Bay, czyli nic innego jak betonowe drzewa porośnięte prawdziwa roślinnością, Marina Bay z basenem na samej górze, Chinatown i Little India, świątynia buddyjska i hinduska, ogrody botaniczne z piękną kolekcja orchidei oraz liczne centra handlowe i pyszne restauracje… Singapur robi wrażenie, jest dla nas idealnym tworem biznesowym. Wszystko załatwić można po pracy w pobliskich klimatyzowanych centrach handlowych, zżyje się w pięknych blokach z basenem i siłownia, do pracy dojeżdża czystym i szybkim metrem, na lunch można udać się do pobliskiego food court i najeść za 5 dolarów… Tylko czy to wystarczy, żeby żyć szczęśliwie? Druga strona Singapuru to zakazy i brak podstawowej opieki społecznej (urlop macierzyński trwa miesiąc!). Wsiadając do metra widzimy znaki zakazujące jedzenie i picie pod kara kilku tysięcy dolarów. Obrażając taksówkarza można trafić na dwa lata do więzienia. Obowiązuje nawet zakaz sprzedaży gum do żucia, które są przepisywane tylko na receptę! Mimo wszystko, Singapur to bardzo fajny przystanek, pokazujący, że miasto, w którym nie ma przemocy, korków, brudu i biedy może istnieć naprawdę!